Ten sen nawiedza mnie
codziennie od roku. Zasypiam ze świadomością, że znowu przyśnią
mi się wilki, a rano obudzę się zapłakana. Standard.
O 6:00 zadzwonił budzik.
Miałam podpuchnięte oczy i mokrą od łez poduszkę. Na moim
brzuchu siedziała mrucząca Yoko.
No tak mały głodomór
czeka na śniadanie. Przygarnęłam ją w zeszłe wakacje, miała
wtedy zaledwie kilka dni.
Wygrzebałam się z
pościeli i poszłam do kuchni, za mną wesoło powędrowała Yoko.
Odmierzyłam odpowiednią ilość karmy i nasypałam do jej miski.
Spojrzała na mnie jakby mówiąc "dziękuje" i zabrała
się do jedzenia. Zrobiłam sobie płatki z mlekiem, nic więcej nie
potrafię, marny ze mnie kucharz. Po zjedzeniu wróciłam do pokoju,
otworzyłam szafę, nigdy nie zastanawiam się długo w co się
ubrać. Zdecydowałam się na moje ukochane czarne rurki i jedną z
męskich koszulek. Kilka minut później byłam już praktycznie
gotowa do wyjścia, jeszcze tylko kreski nad oczami. Nie lubię się
malować, kreski na oczach to moje maksimum. Zerknęłam na zegarek,
kilka minut po siódmej, trzeba się zbierać, lubię być wcześnie
w szkole. Moja kotka odprowadziła mnie do furtki,a później pognała
do domu. Czasami zachowuje się jak pies, a nie jak kot.
Ruszyłam w kierunku
szkoły, po drodze wstępując do sklepu po coś do jedzenia,
przyjaciele śmieją się ze mnie, że mam nieskończony żołądek,
nic tylko bym jadła.
Po kilku minutach marszu
usłyszałam zbliżające się wycie. Poczułam nagłą chęć wejścia do pobliskiego lasu. Usłyszałam dźwięk jakby ktoś przedzierał się przez krzaki. Ciche warknięcie. Mój sen zaczął się
spełniać. Chciałam uciekać, ale drogę powrotną zastąpił mi
biały wilk. Szczerzył kły warcząc. Pognałam więc przed siebie,
szybciej niż zazwyczaj, może to adrenalina? Wkrótce zaczęłam się
męczyć, a one były coraz bliżej, na dodatek ścieżka się
skończyła, a przede mną jak okiem sięgnąć były same pokrzywy.
Nie miałam wyjścia, wytrwale przedzierałam się przez nie, żałując
że nie wzięłam bluzy. Po jakimś czasie usłyszałam warczenie,
bardzo blisko mnie. Zmroziło mnie i czym prędzej pobiegłam przed
siebie, starając się znosić ból jaki przynosiły poparzone ręce.
W oddali zauważyłam skalną ścianę. Przypomniało mi się, że to
właśnie na taką wpadałam w moim śnie. Z nie wiadomych mi
przyczyn pobiegłam w jej stronę. Coś mi się nie zgadzało, nie
słyszałam wycia ani szczekania, więc zwolniłam. Powoli zbliżałam
się w kierunku ściany. Nagle usłyszałam trzask gałęzi, tuż za
mną skradały się dwie wilczyce. Przyspieszyłam, słyszałam
szczekanie bardzo blisko, odwróciłam się żeby ocenić odległość
pomiędzy mną a nimi. Przez nieuwagę wpadłam na ścianę. Z
krzaków niedaleko mnie wyskoczył rudy wilk, za nim jedna z wilczyc,
a później biały wilk i kolejna wilczyca. Myślałam, że to
koniec, gdy zauważyłam dwa młode. Starsze kłapały
zębami i warczały, a maluchy kuliły się za drzewem. Chyba jeszcze
nigdy się tak nie bałam, znieruchomiałam, nie mogłam nawet
mrugnąć. Łzy
zaczęły mi spływać po policzkach, padłam na ziemię, a wtedy
rudzielec podszedł do mnie i zaczął się łasić.
Uczucie nie do opisania.
Ogromny wilk, jeszcze przed chwilą szczerzący kły, przytula się
do mnie. Powoli wyciągnęłam rękę, wilk powąchał ją. Uznałam
to za pozwolenie i delikatnie przejechałam po jego lśniącej
sierści. Była bardziej miękka niż mogłoby się wydawać.
Usłyszałam w głowie
głos
Jestem Piorun, miło że
wreszcie do nas zawitałaś.






